Strona główna · Opowiadania

Dobry Ojciec

Wersja niemiecka

I

Natan

Natan budził się zawsze pierwszy — przed sługami, przed śpiewem ptaków, przed świtem. Nie dlatego, że ktoś tego od niego wymagał. Po prostu wiedział, co trzeba zrobić, i nie widział powodu, żeby czekać.

Tego ranka wstał, gdy niebo było jeszcze granatowe. Narzucił płaszcz, wyszedł na zewnątrz i przez chwilę stał nieruchomo, wsłuchany w ciszę. Czuł w niej wszystko, co znał od dziecka: zapach ziemi po nocnej rosie, pomruk bydła w zagrodzie, znajomy skrzyp starej bramy od strony pola. Znał tę ziemię na wylot — każdą grudę, każde płytkie miejsce przy wschodnim ogrodzeniu, gdzie po deszczu stała woda. Uczył się jej od dziecka, razem z ojcem, krok za krokiem.

W izbie zarządcy paliła się jeszcze lampa. Malchus siedział nad tabliczkami rachunkowymi, porównując ubiegłotygodniowe zbiory z zapasami w spichlerzu. Podniósł głowę, gdy Natan przechodził obok, i skinął mu tylko głową. Tyle między nimi wystarczyło.

Natan poszedł dalej, w stronę pola.

*   *   *

W tamtych czasach dom był czymś więcej niż budynkiem. Był wspólnotą: ziemia, rodzina, słudzy i najemnicy — wszyscy razem, jedno gospodarstwo, jeden los. Praca na rzecz rodziny nie była tylko obowiązkiem — była tożsamością, mówiła, kim jesteś i skąd pochodzisz. Syn, który wstaje o świcie i bierze się do roboty — taki syn wiedział, czym jest lojalność.

Natan był z tego dumny. Naprawdę. Miłość do ojca i do tej ziemi była w nim głęboka i autentyczna — nie odgrywana, nie wymuszona. Ale gdzieś pod spodem, na samym dnie, leżało coś, co Natan rzadko oglądał wprost: przekonanie, że miłość ojca trzeba zdobywać. Że każdy dobrze przepracowany dzień to kolejna cegiełka. Że jeśli ich zbierze dość, jeśli nie popełni błędów, jeśli będzie wystarczająco dobry — wtedy będzie pewny. Wtedy będzie bezpieczny.

Nigdy nie mówił tego głośno. Może dlatego nie wiedział, jak bardzo go to kosztuje.

*   *   *

Słońce było już wysoko, gdy na drodze od pastwisk pokazał się Joram. Szedł spokojnie, z kijem w ręku, nogi pokryte pyłem z drogi. Natan wyprostował się i patrzył, jak brat zbliża się do zagrody.

— Wrócili z łąki wcześniej niż myślałem — powiedział Natan.

— Trawa tam wysycha — odparł Joram. — Lepiej przenieść je na południe.

— Już to rozważałem. Jutro rano.

Joram skinął głową i zatrzymał się na chwilę, opierając się o słup przy płocie. Jego wzrok biegł gdzieś ponad ogrodzeniem, ponad polem, dalej — tam, gdzie droga znikała za wzgórzem.

Natan widział to spojrzenie. Widział je już od jakiegoś czasu i nie bardzo wiedział, co z nim zrobić.

— Coś jeszcze? — zapytał.

— Nie — powiedział Joram. — Nic.

Wziął kij i poszedł w stronę domu.

Natan patrzył za nim przez chwilę, potem wrócił do pracy. Praca to praca i zawsze było co robić.

II

Joram

Joram nie był złym człowiekiem.

Był młody — dwadzieścia kilka lat, może trochę więcej — i miał w sobie coś, co nie było chciwością ani buntem. Było niecierpliwością. Przekonaniem, że gdzieś dalej, za wzgórzem, za horyzontem, czeka inne życie. Chciał zobaczyć, czy poradzi sobie sam. Czy jest zdolny do czegoś więcej niż codzienne chodzenie tą samą ścieżką między domem a polem.

Nie powiedział tego nikomu. Chodził z tym przez wiele tygodni, zanim w końcu postanowił iść do ojca.

*   *   *

W tamtych czasach majątek ojca przechodził na synów po jego śmierci — nie wcześniej. Prawo było w tej kwestii jasne, a obyczaj jeszcze jaśniejszy: prosząc ojca o swój dział za jego życia, syn mówił wprost, że woli pieniądze od obecności ojca. Że ojciec jest mu potrzebny nie jako człowiek, ale jako właściciel majątku. Joram przekraczał granicę. Wiedział o tym. I poszedł mimo wszystko.

Prawo przewidywało też, ile komu się należy: starszy syn dostawał dwie trzecie, młodszy — jedną trzecią. Joram nie żądał cudzego. Prosił tylko o swoje. Część Natana miała zostać nieruszona.

Nie zmienia to tego, co zrobił.

*   *   *

Weszli z ojcem do środka. Joram mówił krótko — bał się, że jeśli powie więcej, zacznie tłumaczyć, a tłumacząc, cofnie się. Wyrecytował więc to, co przygotował, i zamknął usta.

Eliab — tak miał na imię ojciec — słuchał przez długą chwilę, nie mówiąc nic. Joram oczekiwał kłótni, oczekiwał, że ojciec wstanie, uderzy dłonią w stół, powie, że to hańba. Tak zachowałby się każdy inny ojciec w każdym domu, który Joram znał.

Eliab nie wstał. Nie uderzył dłonią w stół.

Zapytał spokojnie o kilka szczegółów — które parcele, jakie bydło, ile ziarna z ostatnich zbiorów. Jakby rozmawiał z Malchusem o rachunkach. Joram odpowiadał i czuł, że ziemia usuwa mu się spod nóg, bo nie wiedział, co zrobić z ojcem, który nie krzyczy.

Malchus był przy tym wszystkim: siedział z boku ze swoimi tabliczkami i notował, nie podnosząc oczu.

*   *   *

Podział trwał kilka dni. Kiedy skończyli, Joram stał przed stosem dokumentów i kluczy do spichlerza, który teraz należał do niego. Był bogatszy niż kiedykolwiek w życiu.

Malchus zabrał tabliczki i wyszedł bez słowa.

Gdy Joram i Eliab zostali na chwilę sami, ojciec nie powiedział nic więcej; Joram też nie.

III

Natan

Natan widział każdego kupca, który przychodził do brata. Przez kilka dni Joram sprzedawał — ziemię, bydło, narzędzia — wszystko, co dało się zamienić na srebro. Kupcy targowali się do południa, odchodzili z wołami na postronku albo z dokumentami pod pachą.

Natan milczał. Nie płakał, nie krzyczał. Nauczył się nie pokazywać bólu — nie wiedział nawet, kiedy się tego nauczył. Zamiast tego pracował więcej. Ból zamieniał w robotę, a robotę zostawiał w polu.

Dzień odjazdu nadszedł szybko. Joram pożegnał ojca przy bramie, a Eliab trzymał go za ramiona przez chwilę, dłużej niż zwykle.

Natan stał z daleka, przy ogrodzeniu, i patrzył. Joram nie podszedł do niego — albo zapomniał, albo nie odważył się.

Brat ruszył drogą i zniknął za zakrętem. Natan odczekał, aż kurz opadnie. Potem wziął motykę i wrócił do pracy. Co innego miał zrobić.

IV

Joram

Miasto, do którego dotarł Joram, było większe niż cokolwiek, co dotąd widział. Inne zapachy, inny rytm, inni ludzie — nikt go tu nie znał, nikt nie wiedział, czyim jest synem. To było dziwne uczucie. Dobre.

Przez pierwsze tygodnie Joram po prostu żył. Wynajął izbę z oknem na rynek, jadał w karczmach, chodził na targi bez celu. Robił rzeczy, których w domu by nie zrobił — nie dlatego, że były złe, ale dlatego, że w domu zawsze było coś ważniejszego do zrobienia. Tu nie było. Tu mógł wstać, kiedy chciał, i zjeść śniadanie, gdy słońce było już wysoko.

Czuł się wolny — naprawdę wolny, pierwszy raz w życiu — i tego uczucia się nie spodziewał.

*   *   *

Z czasem zaczął wydawać więcej. Nie dlatego, że chciał się popisać — po prostu czuł, że musi trzymać poziom. Wynajął lepszą izbę, ubierał się w drogie tkaniny, jadał w lepszych miejscach. I poznał kobiety, z którymi spędzał noce — lubił chodzić z nimi na targ, wybierać im biżuterię, wonności w glinianych flakonikach, jedwab miękki w dotyku. One umiały to nosić, umiały się przy nim poruszać i patrzeć na niego w sposób, który sprawiał, że czuł się jedynym człowiekiem na rynku. Nigdy wcześniej nie wiedział, że coś takiego istnieje.

Wokół kręcili się ludzie, którym było z nim dobrze. Śmiali się razem do późna, mówili mu, że jest kimś, że cieszą się, że przyjechał. Joram wierzył w to szczerze. Nie udawał — naprawdę czuł, że wreszcie ma ludzi, którym na nim zależy.

Worek powoli zaczynał się kurczyć, a Joram odkładał tę myśl na bok. Mówił sobie, że jeszcze jest dość, że coś wymyśli, jak przyjdzie czas, i że nie ma co się spinać z wyprzedzeniem.

Ale miesiące mijały, a srebra było coraz mniej. Wieczorami, gdy nikt nie patrzył, liczył, ile mu zostało i na ile to jeszcze wystarczy — i za każdym razem układał w głowie jakiś plan. Mówił sobie, że mógłby handlować tkaninami — zna już tu dość ludzi. Albo że warto zainwestować w jeden dobry transport towarów z południa, jeden raz, żeby odrobić straty. Plany były konkretne i szczegółowe, i żaden z nich nigdy nie wyszedł poza wieczór, w którym go wymyślił. Rano wstawał, wychodził na miasto i wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej — więc jakoś szło, jakoś się kręciło, i Joram mówił sobie, że jeszcze chwila.

Aż pewnego dnia suma, którą policzył wieczorem, była na tyle mała, że przestał układać plany. Zostało mu tyle, żeby przeżyć — i niewiele więcej.

Potem zaczął wychodzić rzadziej, tłumacząc to sobie w głowie gorszym humorem i potrzebą odpoczynku. Ale tak naprawdę coraz trudniej było mu udawać przed samym sobą, że wszystko jest pod kontrolą — że wciąż jest tym samym człowiekiem, który przyjechał tu rok temu. Znajomi wciąż go zapraszali, a on odmawiał albo przychodził późno i wychodził wcześnie.

Pewnego ranka zobaczył jedną z kobiet na targu; szła z kimś innym, rozmawiała, śmiała się, miała na sobie nową bransoletkę. Kiedy spojrzenia się spotkały, skinęła mu głową. Uprzejmie. Tak, jak kiwa się głową znajomemu, którego się ledwo pamięta.

Joram odwzajemnił skinięcie i poszedł dalej. Dopiero na rogu ulicy zatrzymał się i stał przez chwilę, nie bardzo wiedząc, dokąd idzie.

V

Natan

Gospodarstwo działało. Malchus prowadził rachunki, robotnicy wychodzili w pole o świcie, bydło stało w zagrodzie. Natan wziął na siebie trochę więcej niż wcześniej — bez słowa, bo tak to rozumiał: skoro brakuje kogoś, trzeba zapełnić lukę.

Eliab pracował razem z nimi, podejmował decyzje, rozmawiał z Malchusem, interesował się zbiorami. Nikomu nie dawał odczuć, że czegoś mu brakuje. Ale Natan widział — bo znał ojca — że coś w nim cicho czeka.

Wieczorami Eliab siadał przy bramie.

Natan widział to regularnie: ojciec po zachodzie słońca, na tym samym miejscu, twarzą w stronę drogi. Siedział tak, dopóki nie zrobiło się ciemno, czasem dłużej. Natan nigdy go nie pytał, na co czeka. Wiedział na co.

I nie rozumiał.

Natan myślał o tym wieczorami. Joram odszedł sam z siebie — wziął swoje i pojechał, nie oglądając się za siebie, nie żegnając się z nim. A ojciec siedział przy bramie i patrzył w dal, jakby Joram zabrał ze sobą połowę jego serca. Natan wstawał przed świtem, pilnował robotników, rozmawiał z Malchusem o zbiorach, podejmował decyzje, które kiedyś należały do ojca. Robił to wszystko i był tu każdego dnia — i coraz częściej łapał się na myśli, której się wstydził: że może warto było wyjechać.

Tak to czuł. Może się mylił, ale czuł to wyraźnie: że ojciec tęskni za tym, który odszedł, mocniej niż ceni tego, który został.

Nie powiedział tego nikomu i następnego ranka zabrał się do pracy wcześniej niż zwykle.

VI

Joram

Głód przyszedł nagle i bez ostrzeżenia — jednego dnia targowiska były pełne, następnego dnia ceny nagle skoczyły — a kupujący i tak wykupywali wszystko, co zostało, więc towary znikały szybciej niż rosły ceny, aż w końcu nie było czego kupować. Głód uderzył w całą okolicę. Biednych zostawił bez niczego, bogatych — z coraz mniejszą ilością tego, co mieli.

Resztki srebra Jorama starczyły na krótko. Gdy przestał płacić, właściciel izby przepędził go bez złości, bo tak po prostu działały interesy; Joram zabrał to, co miał, i wyszedł na ulicę.

Przez kilka dni nic nie jadł i szukał pracy, ale znajomi — ci, którzy jeszcze pamiętali jego imię — rozkładali ręce, bo sami mieli kłopoty. Miasto, które rok temu wydawało się pełne możliwości, teraz wyglądało zupełnie inaczej: ciasne, obce, nieprzychylne.

*   *   *

W końcu znalazł pracę u człowieka, który mieszkał za miastem i hodował świnie.

Dla Jorama świnia była zwierzęciem nieczystym — nie w sensie przenośnym, ale dosłownym, według zasad wpojonych mu w dzieciństwie. Nie chodziło tylko o wstręt. Pracować przy świniach znaczyło przekroczyć granicę, za którą nie powinno się stać.

Wziął tę pracę. Nie było innej.

Wstawał rano i szedł w pole ze świniami. Pilnował ich, karmił, spędzał z nimi więcej czasu niż z ludźmi — a właściwie z ludźmi nie spędzał go wcale, bo nikt nie chciał spędzać czasu z nim. Gospodarz płacił mało i pomiatał nim — a Joram znosił to, bo nie miał dokąd iść.

Pewnego dnia był tak głodny, że przez chwilę patrzył na strąki, którymi karmił zwierzęta, i myślał, że mógłby je zjeść. Nie zjadł. Ale przez chwilę była to dla niego realna możliwość — i to wystarczyło, żeby zrozumiał, jak daleko zaszedł.

*   *   *

Joram nie myślał o ojcu. Nie dlatego, że o nim zapomniał, ale dlatego, że myśl o ojcu kosztowała za dużo: żeby o nim myśleć, trzeba było sobie uświadomić, co się zrobiło, a to było dla niego za wiele.

Więc nie myślał. Wstawał, szedł do świń, wracał, zasypiał. I zaczynał od nowa.

Ale gdzieś w tej monotonii i głodzie zaczęły mu się pojawiać myśli, których wcześniej nie dopuszczał. O tym, co zrobił. O tym, co zostawił. Przychodziły same, wieczorami, gdy kładł się spać — obrazy, których w ciągu dnia nie dopuszczał. Dom. Ojciec. Zapach pola po deszczu. Joram odwracał się na bok i zamykał oczy. Rano wstawał i szedł do świń.

Ale obrazy przychodziły coraz częściej.

VII

Natan

Minął rok, może trochę więcej.

Przejął część obowiązków, które wcześniej należały do ojca — rozmawiał z kupcami, decydował o siewie, rozwiązywał spory między robotnikami. Jedno tylko Eliab zostawił sobie: pilnował, żeby najemnicy mieli co jeść. Chodził do nich sam, wieczorami, i sprawdzał. Natan nigdy nie wiedział, dlaczego akurat to ojciec robi sam, ale nie pytał.

Natanowi odpowiadało, że tyle na nim spoczywa. Nie przyznawał się do tego głośno, ale lubił to, bo znaczyło to dla niego coś ważnego: ojciec mu ufa. Ojciec go widzi. Każde nowe zadanie było dla niego czymś więcej niż pracą — było dowodem, że jest potrzebny, że zasługuje na to miejsce, które zajmuje.

Nie przychodziło mu do głowy, że ojciec mu ufa nie dlatego, że na to zapracował — ale dlatego, że go kocha.

*   *   *

Eliab wciąż siadał wieczorami przy bramie. Natan przestał na to reagować — ani słowem, ani spojrzeniem. Po prostu przechodził obok i szedł spać. Przestał o tym myśleć. Albo przynajmniej przestał pokazywać, że myśli.

Chanan, sąsiad z posiadłości po wschodniej stronie drogi, zagadywał Natana czasem przy studni. Był człowiekiem, który zawsze wiedział, co się dzieje u innych, i nie widział powodu, żeby tego nie komentować.

— Ani wieści po twoim bracie, ani słowa — powiedział pewnego ranka, napełniając dzban. — A ojciec siedzi i czeka.

Natan nie odpowiedział. Wziął swój dzban i poszedł.

Ale słowa wracały przez cały dzień. Chanan powiedział dokładnie to, o czym Natan starał się nie myśleć — i nie miało znaczenia, czy zrobił to z troski, czy z czystej ciekawości. Efekt był ten sam.

VIII

Joram

Tej nocy przyśnił mu się dom — nie jako całość, ale w urywkach: stół, zapach chleba, głosy najemników za ścianą wychodzących po kolacji. Obudził się o świcie i przez chwilę myślał, że jest w domu. Potem zobaczył zagrodę i świnie.

Leżał i nie wstawał. Najemnicy ojca — ludzie bez ziemi i bez nazwiska, z samego dołu drabiny — mają chleb. On, syn Eliaba, leży w obcym kraju i nie wie, czy dzisiaj będzie miał co jeść.

Ta myśl nie odpuściła i po raz pierwszy od miesięcy spojrzał na siebie uczciwie.

*   *   *

Wrócił pamięcią do dnia, gdy prosił ojca o swój dział. Widział tę scenę inaczej niż kiedyś — nie z własnej perspektywy, ale z perspektywy swojego taty. Eliab słucha, jak syn mówi mu, że nie chce czekać. Że ma ważniejsze rzeczy.

Jorama oblał wstyd. Długo nie wstawał.

*   *   *

W końcu wstał i ruszył. Gdzieś po drodze ułożył w głowie, co powie ojcu. Powtarzał to w kółko, żeby nie stchórzyć w ostatniej chwili.

Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i przeciw tobie. Nie jestem już godny nazywać się twoim synem. Przyjmij mnie choćby jako jednego z najemników.

Mówił to sobie szczerze. Nie wracał po łaskę — wracał, bo nie miał gdzie indziej iść, i bo dopiero teraz rozumiał, co zostawił.

Droga była długa. Nogi bolały, buty sprzedał dawno temu. Szedł i nie myślał o tym, jak go przyjmą — bo gdyby o tym myślał, zawróciłby. Myślał tylko o następnym kroku.

IX

Natan

Zwykły poranek. Natan wziął narzędzia i wyszedł przed dom.

Przy bramie siedział ojciec. Jak zawsze o tej porze, twarzą w stronę drogi. Natan minął go bez słowa — tyle razy widział ten widok, że przestał go pytać, na co czeka. Wiedział na co. I nie rozumiał.

Poszedł w pole.

X

Joram

Droga do domu trwała kilka dni. Joram szedł i powtarzał swoje przemówienie — żeby je znać na pamięć, żeby głos mu nie drżał w ważnym miejscu.

Ale im bliżej było wioski, tym bardziej myślał o czymś innym. W tamtych czasach istniał zwyczaj zwany kezazah. Gdy ktoś sprzedał swoje dziedzictwo obcym — mieszkańcy mogli wyjść mu naprzeciw z glinianym garnkiem, rozbić go przed nim na ziemi i krzyknąć: odcięty od swojego ludu. To nie był gest — to był wyrok. Człowiek stawał się obcym we własnej wsi, kimś, z kim nie rozmawiano, komu nie podawano ręki. Joram wiedział o kezazah od dziecka i szedł całą drogę z tą myślą, szykując się na wszystko: garnek, krzyk, twarze sąsiadów. Powiedział sobie, że to zniesie. Że na to zasłużył.

Wszedł na ostatni zakręt drogi i zobaczył ojca.

*   *   *

Eliab biegł. Nie szedł — biegł, przez pół drogi, bez zatrzymania, stary człowiek z pozycją i gospodarstwem, bez żadnej troski o to, jak to wygląda. Joram stał i patrzył, jak ojciec się zbliża, i nie był w stanie nic powiedzieć.

Eliab objął go. Mocno, bez słowa.

Joram zebrał się w sobie i zaczął mówić to, co powtarzał przez całą drogę.

— Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i przeciw tobie. Nie jestem już godny—

Eliab uciszył go pocałunkiem w czoło. Nie dał mu dokończyć.

Joram poczuł dwie rzeczy naraz: że nie zasłużył na to, co właśnie dostaje — i że jest kochany. Nie jedno albo drugie. Jedno i drugie naraz. Nie wiedział, co z tym zrobić.

Czekał na pytania — o pieniądze, o czas, o to, co robił. Nie nadchodziły.

Eliab wziął go za ramię i poprowadził do domu. Sąsiedzi widzieli tylko ojca i syna idących razem. Nikt nie wyjął garnka.

XI

Natan

Późne popołudnie. Natan pracował w polu, gdy podbiegł do niego jeden ze sług.

— Brat twój wrócił.

Natan wyprostował się i przez chwilę stał bez ruchu. Poczuł coś, czego się nie spodziewał: ulgę. Joram żyje. A zaraz za ulgą — wszystkie inne emocje. Nieruszone przez te dwa lata, czekające dokładnie tam, gdzie je zostawił.

Ruszył w stronę domu, szedł powoli i jeszcze nie wiedział, co zrobi, gdy dotrze do drzwi.

XII

Joram

Eliab wziął go za rękę i poprowadził do środka. Zanim Joram zdążył usiąść, ojciec już wydawał polecenia.

— Przynieście szatę. Tę najlepszą. I pierścień. I sandały dla niego.

Joram stał i patrzył, jak słudzy się krzątają. Wiedział, co znaczy każdy z tych gestów — wiedział od dziecka, choć nigdy nie myślał, że będzie stał po tej stronie. W takim domu nowa szata mówiła więcej niż słowa: jesteś tu kimś. Nie gościem, nie najemnikiem — kimś ważnym. Pierścień — sygnet z herbem rodziny — dawał mu prawo działać w imieniu domu. Najemnicy i słudzy chodzili boso albo w prostych skórzankach. Syn chodził w sandałach.

Wcześniej bał się, że zostanie jako dłużnik, że będą go wytykać palcami. Teraz ojciec rozbrajał te lęki jeden po drugim.

Usiedli do stołu. Ktoś przyniósł mięso, chleb i wino; goście rozmawiali, ktoś się śmiał, a Joram jadł i słyszał wszystko jak przez ścianę.

XIII

Natan

Natan usłyszał muzykę, zanim doszedł do bramy. Zatrzymał pierwszego napotkanego sługę.

— Co tam się dzieje?

— Ojciec kazał zarżnąć tuczne cielę. Cieszy się, że odzyskał syna zdrowego.

Sługa poszedł dalej. Natan stał.

*   *   *

Tuczne cielę chowało się na najważniejsze okazje — wesela, przyjęcie gości godnych szczególnej czci. Nie zarzynało się go dla kogoś, kto wpadł na kolację. Ojciec wyciągnął to, czego nie wyciągał nigdy. Natan o tym wiedział.

Podszedł pod drzwi i nie wszedł.

Za drzwiami grała muzyka. Ktoś się śmiał. Ojciec urządził święto — dla człowieka, który wziął swój dział i przepuścił go w obcym kraju.

Stał i liczył w głowie. Dwa lata żniw. Dwa lata zim. Każdy dzień w tym samym miejscu, przy tej samej robocie. I co? Tuczne cielę dla tego, który odszedł.

Przez te dwa lata ojciec siadał wieczorami przy bramie i patrzył w stronę drogi. Natan przechodził obok i milczał. Rozumiał, na co ojciec czeka — i nie rozumiał, dlaczego tego chce.

Teraz wiedział, że ojciec się doczekał. I że jest z tego szczęśliwy tak, jak nigdy nie był z żadnej pracy, którą Natan dla niego zrobił.

Czuł gniew i żal. Nie do brata — do ojca. Czuł się oszukany i niedoceniany: przez dwa lata pracował i ani razu nie zobaczył w ojcu takiej radości jak teraz.

Za drzwiami ktoś znowu się śmiał. Natan nie ruszył się z miejsca.

XIV

Joram

Ktoś podszedł do Eliaba i szepnął mu coś na ucho. Joram patrzył.

Eliab wstał. Nie nagle, bez sceny — odłożył chleb, dał znak jednemu ze sług, żeby zajął się gośćmi, i wyszedł. Goście prawie tego nie zauważyli.

Joram zauważył.

Przez cały wieczór omijał tę myśl — tłumaczył sobie, że Natan jest w polu, że wróci później, że jakoś to będzie. Teraz, patrząc za ojcem, zrozumiał: wiedział, gdzie ojciec idzie i dlaczego.

Po raz pierwszy od powrotu pomyślał o bracie. Aż do tej chwili myślał tylko o sobie — o wstydzie, o tym, jak ojciec go przyjmie. Teraz pomyślał o tym, co Natan czuje w tej chwili. I o tym, co czuł przez cały ten czas, kiedy go nie było.

Siedział i jadł dalej. Ale smak był już inny.

XV

Natan

Natan stał przed drzwiami, gdy te się otworzyły, a z domu wyszedł Eliab.

Według zwyczaju to syn miał przyjść do ojca — nie odwrotnie. Jednak Eliab tego dnia znów wychodził — tym razem do starszego syna. Zamknął za sobą drzwi, jakby chciał odgrodzić ich obu od muzyki. Stał chwilę i patrzył na Natana. Nie powiedział od razu nic.

— Wejdź — powiedział w końcu. — Proszę cię.

Natan zacisnął zęby. Wszystko, co w nim wzbierało przez wieczór, naraz wybuchło.

— Tyle lat ci służę — zaczął, a głos mu drżał z gniewu. — I nigdy nie przekroczyłem żadnego twojego rozkazu. A ty mi nawet koźlęcia nie dałeś, żebym się zabawił z przyjaciółmi.

— A teraz wrócił ten twój syn. Ty kazałeś zarżnąć dla niego tuczne cielę, a on przepuścił twój majątek z dziwkami.

Sam nie wiedział, czy to prawda; powiedział to z wściekłości.

Cisza. Eliab nie odpowiedział od razu.

— Synu — powiedział wreszcie.

Natan patrzył w ziemię.

— Ty zawsze jesteś przy mnie. Wszystko, co moje, jest twoje.

Natan się nie poruszył. Nie rozumiał, jak mógł tego nie widzieć przez dwa lata. Wszystko, co moje, jest twoje. Po podziale majątku wszystko, co zostało, było już jego dziedzictwem. Bał się sięgnąć po cokolwiek — sam nie wiedział dlaczego. Może tego, że stałby się wtedy jak brat.

Coś w Natanie zaczęło ustępować. Przez dwa lata wierzył, że musi być dobrym synem, żeby ojciec go kochał — pracować od świtu, nie pytać, nie buntować się. A teraz patrzył na ojca i widział, że nigdy o to nie chodziło. Ojciec biegł po Jorama, choć Joram niczym na to nie zasłużył. Ojciec wychodził teraz do niego, choć Natan właśnie krzyczał i oskarżał. Miłość ojca nie była nagrodą za posłuszeństwo. Po prostu była.

— Trzeba — powiedział Eliab cicho. — Trzeba się cieszyć. Brat twój był umarły, a znów żyje. Zaginął, a odnalazł się.

Natan słuchał już inaczej. Brat twój. Sam przed chwilą mówił "ten twój syn", a ojciec mówił "brat". Sprawa była przesądzona.

Stali razem przed drzwiami. Z wnętrza dochodziła muzyka. Natan nie wszedł od razu, ale już wiedział, że wejdzie.

XVI

Joram

Joram siedział przy stole, jadł powoli i wciąż czekał.

Drzwi się otworzyły.

Wszedł Eliab. Za nim — Natan.

Joram wstał i stanął naprzeciw brata; goście zamilkli.

Natan patrzył na niego długo.

— Bracie — powiedział.

Joram chciał coś powiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle. Coś w nim pękło — i wszystko, co nosił w sobie od miesięcy, popłynęło naraz. Stał i płakał.

Eliab patrzył na obu synów. Zachowywał powagę, jak wypadało ojcu — ale jego uczucia mogła zdradzać samotna łza szczęścia, która spłynęła mu po policzku.